Reportaż ze spływu kajakowego SłupiąAby wyrwać się choć na 1 dzień, gdzieś w dzicz, na kajaki… Taka myśl chodziła po głowie mi i grupie znajomych już od kilku miesięcy. W końcu ustaliliśmy dzień i trasę. Tym razem będzie to mająca kilka atutów Słupia; znajduje się niedaleko miejsca zamieszkania (trójmisto) oraz według wszelkich przewodników, którymi dysponujemy, jest niezwykle urokliwa i co istotne ciągle dzika. Z trójmiasta wyruszmy niezbyt wcześnie, bo około 8 ale już po 2 godzinach jesteśmy na starcie (odległość naprawdę nieduża ale jak to zwykle bywa – najtrudniej się wybrać). Na miejsce startu wybraliśmy odcinek znajdujący się za słynną wśród kajakarzy „rynną suleńczyńską” – niezwykle trudnym i niebezpiecznym bystrzu na Słupi o skali trudności WW1, porównywalnej do górskich rzek .
Nasza grupa startuje z miejsca specjalnie przygotowanego dla kajakarzy, około 3 km za Sulęczynem. Właściciel zlokalizowanej tutaj stadniny koni Kajlandia zadbał o pływających Słupią kajakarzy, organizując dla nich pole namiotowe z wiatą i WC. W stadninie można także skorzytać z prysznica oraz bezpiecznie zostawić auto, z czego z chęcią korzystamy. Sprawnie wodujemy kajaki. Na tę tarse wybraliśmy kajaki polietylenowe – nieco droższe ale dające nam gwarancje że będziemy się skupiać tylko na kajakowaniu, a nie na naprawie sprzętu, co zwłaszcza na Słupi zdarzyć się może nader często. Jak zwykle robimy „pamiątkowe zdjęcie” i już siedzimy a kajakach. Początkowo rzeka jest aż nazbyt spokojna i niezbyt szeroka (ok. 3 m), niemniej jednak już po pierwszym kilometrze kajakowania zaczyna pokazywać swój urokliwy charakter. Nurt nabiera tępa, częściej wiosłujemy do tyłu niż do przodu, unikając coraz to liczniejszych przeszkód – zwalonych drzew i kamieni wystających nieznacznie z pod powierzchni wody. Mimo że nie jest to mój pierwszy spływ to i tak kajak raz po raz uderza o kamień lub szoruje dnem o piasek. Całe szczęście mamy polietylenowe kajaki, które bez wzruszenia przyjmują te przeszkody.
Po około 3 km natrafiamy na niedawno zwalone drzewo, które całkowicie blokuje nurt rzeki. Nie ma innego wyjścia - przenosimy kajaki prawym brzegiem. Nurt nadal nie zwalnia biegu, brzegi niskie, porośnięte gęstym lasem. Całkowite odludzie. Czasami tylko mijamy stojącego w wodzie wędkarza, który z wędką poluje na pstrąga potokowego lub lipienia. Na 6 km zbliżamy się do kolejnej przeszkody – mostu w Nowym Polu a pod nim 4 niebezpieczne kołki pozostałości po porzedniej konstrukcji. Całe szczęście, że wiedzieliśmy o tej przeszkodzie, bo w tym miejscu o wywrotkę nietrudno a uszkodzenie kajaka przy złym podejściu jest pewne, jak w banku. Już teraz wiem, dlaczego tak wielu kajakarzy jest zmuszonych zakończyć swoją wyprawę na Słupi właśnie w tym miejscu. Wygląda ono zupełnie niepozornie w momencie dopływania, nic więc nie zapowiada tak silnego nurtu, który tuż pod samymy mostem bezlitośnie spycha nieprzygotowanego kajakarza na wystające na niemal całej szerokości rzeki pale. Przy złym napłynięciu praktycznie nie ma szans na uniknięcie kolizji … Po kolejnych 2 kilometrach z lewej strony mijamy ujście z jeziora Małsz, zasilające dodatkowo nurt Slupi. Jeszcze 2-3 km szybkiego nurtu i powoli rzeka wytraca swój impet, zwiększa się głębokość, zmniejsza ilość przeszkód i płynięcie po wcześniejszych przygodach robi się nieco monotonne. Wysiadamy przy betonowym moście na drodze do Parchowa aby obejrzeć pamiątkowy kamień na cześć JPII, który niegdyś płynął tym szlakiem. Przy okazji robimy mały rekonesans w lesie i zbieramy całkiem pokaźną ilość podgrzybków. Po kolejnych 3 km bez większych przeszkód dopływamy do jeziora Żukowskiego, gdzie robimy postój (uwaga teren prywatny biwakowanie tylko po uzgodnieniu z właścielem). Po przekąsce płyniemy dalej przez spokojne jezioro Żukowskie i po ok. 1 km za nim dopływamy do tamy we wsi Młynki – naszego miejsca docelowego na dziś. Na moście czeka na nas gospodarz, proponując transport kajaków za elektownie. My wybieramy opcje transportu do Soszycy, gdzie zostawiliśmy nasze auta (cena transportu negocjowana – my wywalczyliśmy 20 zł + zakup siatke grzybów za kolejne 20 zł:). Jeszcze tylko 15 minut leśną droga wzdłuż Słupi i już jestemy w Soszycy, po drodze mijając najstarszą w Europie Elektrownie wodną (1896 rok). To był szybki jednodniowy spływ pełen atrakcji i aż się dziwię, że to tylko 7 godzin… bo wrażeń co najmniej tyle, jak przez cały tydzień. Koniecznie trzeba zoraganizować takie wypady. Nawet jednodniowe. Atrakcyjnych szlaków w okolicy całe mnóstwo (Radunia, Łeba, Reda), a na nich wiele ciekawych odcinków – wciąż dzikich i nie odkrytych. A kilka godzin na kajakowym szlaku wraz z przyjaciółmi i otaczającą nas przyrodą relaksuje znacznie lepiej, niż tygodniowy urlop spędzony w hotelu!!!
|
![]() |
















Komentarze
To prawda, czasami mamy tylko jeden dzień i myślimy, że to jest niewykonalne.
Dlatego wychodząc na przeciw pragnę stworzyć możliwści do takiego wypoczynku w okolicy Krzyni:
-przyjazd i parking na terenie ośrodka,
-wyjazd rowerami(własne lub wypożyczone u nas) do Strzegomina lub Gałęźni Małej i spływ kajakami jedno- lub dwuosobowymi albo canou do Krzyni.
- gorący natrysk, ognisko, gril,
kto ma czs i ochotę przenocuje w domku lub pod namiotem.
Zapraszam na przygodę do Krzyni.
Osoby zaintersowane wypoczynkiem i współpracą proszę o kontakt: polrelax
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.